czwartek, 2 czerwca 2016

...ta pierwsza...i ta prawdziwa...



(...)
- Jeśli miłością rządzi przypadek, to czy w związku mamy wpływ na to, co się dzieje?
- Tak, ale ograniczony. Mamy wpływ na swoje odczucia, swoje spostrzeżenia, opinie, przekonania, ale nie mamy wpływu na partnera. Związek to taniec dwóch osób i jeśli jedna z nich myli kroki, to coś jeszcze z tego można uratować. Ale jeśli jedno z dwojga nie ma ochoty dłużej tańczyć, to nic z tego nie będzie. Nie jest więc tak, że jedna osoba może zrobić 100% wszystkiego, żeby utrzymać związek. Możemy zrobić tylko połowę, czyli to, co jest po naszej stronie. Zawsze może się zdarzyć, że ktoś przyjdzie i powie – „Ja już cię nie kocham, nie chcę z tobą być”. Wtedy zaczyna się dramat. Zgadzam się z Wojtkiem Eichelbergerem, który mówi, że lepiej kochać i nie być kochanym niż nie kochać i być kochanym. To znaczy, że lepiej kochać, mieć ten stan w sobie i dawać go ludziom niż być pustym i mierzyć się z tym, że ktoś mówi „Ale ja cię bardzo kocham..."
 /Jacek Walkiewicz w rozmowie z Dagną Kurdwanowską/

A kiedy jesteś w ogrodzie to jakie kwiaty zbierasz...?



(...)
- Co masz im do zarzucenia?
- Boją się mnie. Boją się ze mną rozmawiać. A im bardziej się boją, tym bardziej mam wrażenie, że jestem potworem. Dlaczego ich tak przerażam? Jestem brzydki? Śmierdzę? Kompletnie zidiociałem?
- Nie boją się ciebie, Oskarze. Boją się choroby.
- Choroba jest częścią mnie. Nie muszą zachowywać się inaczej, dlatego, że jestem chory, chyba że mogą kochać tylko zdrowego Oskara?
- Kochają cię, Oscarze. Powiedzieli mi to.
- Rozmawiasz z nimi?
- Tak. Są bardzo zazdrośni o to, że się tak dobrze rozumiemy. To znaczy może nie zazdrośni. Smutni. Smutni, że im się nie udaje.
Wzruszyłem ramionami, ale złość trochę mi przeszła. Ciocia Róża zrobiła mi drugą gorącą czekoladę.
- Wiesz, Oskarze, umrzesz któregoś dnia. Ale twoi rodzice także umrą.
Zdziwiło mnie to, co mówi. Nigdy dotąd o tym nie myślałem.
- Tak. Oni też kiedyś umrą. Samotnie. Ze strasznym wyrzutami sumienia, że nie udało im się pogodzić ze swoim jedynym dzieckiem, Oskarem, którego bardzo kochali.
- Nie mów mi takich rzeczy, ciociu bo dostanę chandry.
- Pomyśl o nich, Oskarze. Zrozumiałeś, że umrzesz, bo jesteś inteligentnym chłopcem. Nie zrozumiałeś jednak, że nie ty jeden. Wszyscy kiedyś umrzemy. Twoi rodzice. Ja.
- Tak. Ale ja pierwszy.
- To prawda. Ty pierwszy. Ale czy z tego powodu wszystko ci wolno? Czy wolno ci zapominać o innych?

(...)
/Eric-Emmanuel Schmitt "Oskar i pani Róża"/

P.S.

 A kiedy jesteś w ogrodzie to jakie kwiaty zbierasz? 
- Te najpiękniejsze ! 
- No właśnie...

..taka "dzięcięca"...refleksja....


"Dziec­ko może nau­czyć do­rosłych trzech rzeczy: cie­szyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i do­magać się - ze wszys­tkich sił - te­go, cze­go prag­nie.."
 /Paulo Coelho "Piąta góra"/




W świecie mojego dzieciństwa nie było internetów, telefonów i tabletów....
Piliśmy wodę z kranu, a mleko prosto od krowy leżąc na łące....
łaziliśmy po drzewach, pędziliśmy rowerami robiąc wyścigi, zakładaliśmy hodowle ślimaków, zakopywaliśmy sekrety w ogródku, skakaliśmy w sznura czy w gumę, bawiliśmy się w podchody, strzelanego czy chowanego nie przejmując się boreliozą, meningokokami czy stabilnością internetowego łącza...
Moderatorem tego świata była zawsze mama, o zmierzchu z trudem odwołująca po raz N-ty swoje niezadowolone z tego pociechy bezpośrednio przez otwarte okno...

Trudno było wtedy kliknąć "Lubię to"....

Za to każdy potrafił powiedzieć "Kocham Cię"..."Fajnie, że jesteś", "Dzięki za fajną zabawę".....

P.S.

 - Jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa?
- Zasypianie na kanapie i budzenie się w łóżku. Tęsknię za teleportacją. Już mi się nie przytrafia....

niedziela, 29 maja 2016

...na dobranoc....






"Jest coś we wspólnym sypianiu. Nie mam na myśli seksu, ale zwykły sen...
Wczoraj, po wielkiej burzy, zdenerwowany wyszedł z domu, zapalił papierosa i wrócił... Włączyliśmy film, utuliłam go, jako, że tylko tak mogłam pomóc. A on usnął. Zwyczajnie usnął jak mały chłopiec zmęczony całodzienną zabawą. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak bezbronnego i tak spokojnego. Zmienił pozycje, ale przytulił do siebie moja rękę, pózniej - policzek do czubka mojej głowy. I gdy ja zasnęłam w oczekiwaniu, całował mnie w czoło za kazdym razem gdy się poruszyłam. I zrozumiałam, że tak naprawdę chyba nie da się być pewnym czyjejś miłości, dopóki się z kimś nie zaśnie, albo dopóki ktoś nie zaśnie przy tobie. We śnie wykonujemy akcje bezwarunkowo i tylko one mogą potwierdzić ludzkie więzi. Do tego, uważam, że zasypianie przy kimś to akt absolutnej ufności bo nie ma stanu, w którym jest się bardziej bezbronnym..."
/K. Beganska/

sobota, 28 maja 2016

...chciałabym mieć męża.





"....11 lat spędziłam u boku mężczyzn niegotowych. Zastanawiających się. Spędzających ze mną miło czas, ale opowiadających mi o priorytecie wolności w swoim życiu, nie chcących nawet poruszać innych tematów. A ja miałam 23 lata i wydawało mi się, że to trochę nieważne czego ja chcę, że prawdziwa fajna laska powinna być wyluzowana, nie chcieć stałego związku, zgadzać się na wszystko co zaproponuje jej partner w łóżku, chodzić na striptiz i umieć nie narzekać, czyli zająć się sobą, kiedy on mówi "w życiu mężczyzny jest taki moment, kiedy należy wyruszyć w samodzielny rejs". Cicho w głowie pisałam "chcę mieć dom". Chciałam razem robić remont i kupować choinkę. Po 11 latach zostałam sama w pustym domu z refleksją, że przecież kurwa mać, moi znajomi biorą śluby i to ci których znałam przez ten czas. Patrzyłam w ciemny sufit i myślałam sobie "o co ci kurwa chodzi".
I zrozumiałam.
Chodzi mi o bycie z kimś, kto się nie boi.
Kiedy mówię "chcę męża" to mówię "z puli wszystkich mężczyzn wybieram nie tych, którzy boją się związku tylko tych, którzy doceniają to kim jestem i mówią nie szukam dalej, a kiedy będzie źle, to usiądę z tobą, a jak będzie trzeba wybulę 180 zeta na terapię par i będę w tym z tobą". To nie jest romantyczna wizja. Wiem, że nie każdy chce ją spełniać, tylko ja o tym nie mówiłam. Bo się bałam. Bo nie wypada. Bo w ogóle nie wypada, żeby kobieta chciała wziąć ślub i mówiła o tym wprost, bo to jest biała sukienka, wesele i zdjęcia. Oczywiście ja najchętniej wzięłabym ślub w dwie osoby w urzędzie stanu cywilnego, bo nie ma za mną tęsknoty za ceremonią, jest tęsknota za partnerem który wybiera mnie tak jak ja wybieram jego.
Po 11 latach zdałam sobie sprawę z tego, że chcę kogoś, kto chce ze mną robić remont, mimo że ja bardzo tego remontu nie chcę, kto stwierdza "nie szukam dalej, jesteś najzabawniejsza i miła w dotyku". Nie potrzebuję do tego czekania AŻ ON TO ZROBI, w myśl tych wszystkich psychoewolucjonistycznych bredni, gdzie mężczyzna zdobywa, bo ma penisa i penetruje i przyzwyczajony jest do zdobywania. Widzę to jako wzajemny kontrakt dwóch osób, które lubią się ze sobą śmiać, lubią się dotykać, wiedzą że będą się kłocić, ale ta kłótnia to nie bitwa o Iwo jimę, tylko regulacja przez kryzys. Ale na samym końcu musi być pewność. Obydwie strony muszą chcieć tego.
"Mam tę obrączkę bo chcę wszystkim powiedzieć, że już nie szukam. Tak długo aż obydwojgu nam będzie zależało na nas i obydwie strony będą chciały pertaktować szczerze o tym co się dzieje, tak długo jesteśmy mężem i żoną. Tak długo jak będę chciała czuć smak jego spermy na języku, tak długo jak po wyjeździe nie będę mogła przestać go słuchać kiedy opowiada, tak długo kiedy będzie moim przyjacielem. Odpowiedzialni osobno za coś co jest nami razem".
Ponieważ 4 lata temu zdałam sobie sprawę z tego, że mimo że bardzo źle znoszę mieszkanie z kimś, że zawsze ten sam problem: nie umiem "zadbać o swoje potrzeby" jak piszą w Wysokich Obcasach, czyli nie umiem wystękać "yyy wiesz co jest mi smutno że tak robisz i jakby rób co chcesz, wiem że jesteśmy oddzielnymi planetami czy chuj po prostu osobami", że mimo że moja strategia dbania o potrzeby polega na zaczynaniu zdania od "yy bo ja jestem zjebana" (bo jednak jestem, bo bycie dzieckiem nadużywanym w dzieciństwie powoduje, że jesteś obrośnięty bąblami i siniakami, które lubią pękać w najmniej oczekiwanych momentach, i nie jest to piękny widok) że mimo że czasem naprawdę tak myślę, niech mnie nikt nie dotyka, jestem Mechaniczną Małgorzatą, proszę przestać, nic mnie nie boli i nigdy mi na nikim nie zależy.
Więc te 4 lata temu zdałam sobie sprawę z tego, że to kłamstwo. Że chcę mieć ulubioną osobę i razem z nią poznawać świat. Iść obok niej, a ona niech obok mnie idzie. Jako oddzielne osoby, które idą obok i razem, które są na tyle dorosłe, że potrafią szczerze ze sobą rozmawiać o rzeczach najtrudniejszych do przyznania się. I chcę mówić o niej "mój mąż", ponieważ wierzę że ten termin można zastąpić czymś innym, że "żona" może być osobą rysującą na asfalcie, a mąż może nie myśleć poważnie o nieruchomościach tylko rysować komiksy.
Jak Bóg mi miły, nie ustanę w tym.
Śmieją się ze mnie kiedy to mówię, a potem słyszę inne kobiety, które też tego chcą.
Nie każdy potrafi na trzeźwo o czwartej trzydzieści co miesiąc śpiewać Davida Guettę nad Wisłą, zastanawiać się nad ulubionymi słowami i płakać co 45 minut.
(najzabawniejsze jest to, że to miał być post na dzień matki)..."
/Małgorzata Halber/